02-05-2012 – środa
[Agata] Obudziliśmy się rano – na niebie ani jednej chmurki. Zjedliśmy śniadanko, i w 11 osób załadowaliśmy się do dziewięcioosobowego busa. Oczywiście trzeba był czekać na jakichś maruderów, więc wyjazd opóźnił się o pół godziny. A ciśnienie na jazdę było niemałe.
Obciążony bus sunął mozolnie po Gletcherstrasse. W połowie drogi są bramki – droga jest płatna jeśli się nie ma skipassu. Ponieważ „kierownik wycieczki” zarządził, że karnety kupimy „na górze”, a nie w kasach w centrum Soelden, zrobiliśmy na bramkach niezły korek po pierwsze negocjując cenę, a po drugie fizycznie kupując karnety. Obciach na maxa.
Na lodowcu szybko zmieniliśmy buty i żądni wrażeń, głodni carvów, napaleni na sztruks pognaliśmy do gondolki. Z tej radości o mało co nie zapomnieliśmy przesiąść się na kolejny odcinek gondolki i prawie zjechaliśmy z powrotem na dół... W poprzednich latach nie trzeba się było przesiadać :/ W dodatku straszliwie wiało i Patryk w obawie o swoją deskę jechał z ręką wystawioną przez okienko gondolki i przytrzymywał ją przez zwianiem. Kiedyś już doświadczył zwiania deski – wtedy to było z dachu samochodu i wynikało z niezapięcia bagażnika dachowego... I nowo kupiona deska odfrunęła gdzieś między Myślenicami a Krakowem...